Wiem, zaraz wielu się obruszy, ale jestem przekonana, że gdyby zrobić sondę, jedynie kinomani i to też nieliczni, potrafią wymienić kilka tytułów jego filmów. Czas nieubłaganie robi swoje, jego filmów nie pokazuje się zbyt często w telewizji, a ta teraz kreuje gusta. Szkoda… na szczęście po raz kolejny ukazała się jego autobiografia. Napisana barwnym językiem, ze swadą, bogato ilustrowana, pokazuje jedną z wielu wersji tego kontrowersyjnego artysty. Jedną z wielu wersji, bowiem Chaplin, jak na bogatą osobowość i człowieka publicznego przystało, ma wiele twarzy. I interpretowany jest na milion sposobów.
Pochodził z artystycznej rodziny, jego rodzice byli aktorami, bardzo biednymi aktorami. Mały Charlie na scenie był od 5 roku życia. W sumie żył 88 lat, miał 4 żony, dziesięcioro dzieci, na koncie masę filmów, skandali i plotek, ale też wielkich sukcesów, choćby takich, jak założenie wytwórni filmowej United Artists i honorowy Oscar, który Akademia dała mu w poczuciu winy za to, że nie umiała, bądź nie chciała go wcześniej docenić.
Co takiego zrobił? Był jedną wielką kreacją, człowiekiem, dla którego nie istniały bariery wyobraźni. Był w sztuce bardzo odważny, a to wielka rzecz. Pokazywał emocje w filmie w sposób do tej pory niespotykany. Jeden gest u Chaplina był jak tysiąc słów. Nie bał się wzruszeń, tych najprostszych, u niego wszystko jest proste, co nie znaczy - prostackie. Kochał swoich bohaterów. Jego gagi z niemych, slapstickowych komedii, które dały mu wielka sławę, to mistrzostwo świata. Długo bronił się przed dźwiękowym kinem, bo uważał, że dźwięk zabija sztukę, ale kiedy wreszcie nakręcił dźwiękowy film, a było to w 1931 roku – „Światła wielkiego miasta”, odniósł olbrzymi sukces… Był też świetnym, bardzo inteligentnym i plastycznym aktorem. Nie tylko jako uroczy tramp z laseczką, w za dużych spodniach z przyklejonym wąsikiem i peruką. To była jego kreacja życia, postać przeszła do kanonu popkultury, zna ja chyba każdy na kuli ziemskiej. Jednak kiedy zagrał w rewelacyjnym „Dyktatorze” - był przerażająco tragikomicznym, wzorowanym na Hitlerze, złośnikiem, który chce zdobyć cały świat, by potem, w kryminale „Monsieur Verdoux” zagrać eleganckiego, ubranego we frak, seryjnego mordercę, ufryzowanego na dandysa, zabijającego naiwne i zakochane w nim kobiety z zimną krwią.
Jego życie prywatne to temat na niejeden film. Jeden zresztą powstał - zagrał w nim Chaplina, zresztą rewelacyjnie, Robert Downey. Tylko wielki aktor mógł zagrać tak wielkiego artystę. Kochał kobiety, skandale i wystawne życie, ustatkował się pod koniec życia u boku niesłychanie młodziutkiej żony, która dała mu ośmioro dzieci, wśród nich Geraldine, która została świetną aktorką.
Chaplin był klasykiem. Trzeba go znać. Jeśli ktoś nie zna, powinien poznać i nie pożałuje. Ja wiem, że wiele osób na dźwięk tych słów marszczy czoło. Klasyk - czytaj nuda. Jednak nie - Chaplin, mimo upływu lat, nie zestarzał się. Jego autobiografia, która bardzo polecam, to ciekawa, doskonale napisana, momentami zabawna, a gdzie indziej tragiczna, momentami kabotyńska opowieść wielkiego artysty, z czasów, kiedy na Panteon sławy trafiali wyłącznie prawdziwi wybrańcy bogów. Jak Chaplin…
Karolina Korwin-Piotrowska



















































