Owszem, Visconti, potomek starej arystokratycznej rodziny, którego, jak mawiali stać było na robienie filmów i udawanie lewicowca, to wielka i jedna z najbardziej tajemniczych postaci w świecie kina. Jego filmy zawsze fascynowały, budziły kontrowersje. On sam już był postacią bardzo kontrowersyjną. Weźmy choćby to, że już w l.40 ubiegłego wieku, kiedy wcale nie było to „trendy” przyznał się do orientacji homoseksualnej. Wątki homoseksualne pojawiały się w jego twórczości często, choć bez natrętnej ostentacji. Lubił faworyzować atrakcyjnych aktorów, nawet, gdy nie byli jego partnerami. Podobał mu się Alain Delon, jeden z najpiękniejszych Francuzów wszech czasów i świetny aktor, któremu dał role w dwóch swoich filmach: „Lampart” i „Rocco i jego bracia”. Panów nic nie łączyło poza pracą, a powstały i tak dwa ważne filmy. Burta Lancastera, znanego z prawicowych poglądów, doprowadzał do szału na planie „Lamparta”. Potem sam Lancaster musiał przyznać, że było warto, bo zagrał najlepiej w swej karierze. Aktorzy kochali go i nienawidzili - traktował ich źle, wymagał absolutnego oddania i posłuszeństwa, jedna z aktorek nazwała do nawet „średniowiecznym rządcą z batem”. Visconti dążył do perfekcji, bez względu na koszty. Do budowy dekoracji zatrudniał stolarzy, którzy budowali prawdziwe meble, a nie z tektury; aktorzy na planie pili prawdziwe wino, a krawcy szyli misterne stroje, tak, aby uniknąć efektu podróbki. Ważny był efekt, a ten zwykle był fascynujący. Jak w przypadku „Śmierci w Wenecji” i „Zmierzchu bogów”.
W pierwszym zagrał Dirk Bogarde, świetny aktor teatralny i filmowy o fizjonomii amanta-intelektualisty, pisarz i co ważne - zdeklarowany homoseksualista. Zagrał tutaj samotnego pisarza, który u schyłku życia zachwyca się na Lido pięknym, młodym chłopcem, Tadziem. Ostatnie wielkie i platoniczne uczucie w jego życiu. Ten film to czysta melancholia. Niby nie dzieje się nic, ale dla wielu to, co widzimy na ekranie ma magnetyczną, choć bardzo według mnie uspokajającą moc.
W „Zmierzchu bogów”, wielkim, epickim filmie, który powstał wcześniej, w 1969 roku, Bogarde zagrał Bruckmanna, sprytnego inżyniera, kochanka córki właściciela wielkiego przemysłowego imperium. Jest tu odrażającym raczej typem, podległym nowej, nazistowskiej władzy karierowiczem, który przed osiągnięciem celu nie cofnie się nawet przed morderstwami. Obok niego zagrał bardzo wówczas młody, na początku kariery Helmut Berger. Miał 25 lat.
Zagrał Martina, dziedzica wielkiej fortuny, typa o inteligencji emocjonalnej dziecka, zepsutego do szpiku kości narkomana i pedofila, który gdy nie ma pod ręką małej dziewczynki, zawiesza wzrok na mężczyznach. To odrażająca postać, diabelska, ale magnetyczna, właśnie dzięki kreacji Bergera. Helmut Berger był odkryciem Viscontiego i jego ostatnim partnerem. Byli ze sobą do końca życia reżysera, który zmarł w 1976 roku. Po śmierci Viscontiego Berger kompletnie się załamał i nigdy nie zagrał już nic ważnego, wpadł w alkoholizm i był jedynie atrakcją brukowców.
W „Zmierchu bogów” Berger zagrał rolę życia, której nic potem nie przebiło, mimo jeszcze dwóch filmów zagranych u Viscontiego - „Ludwig” i „Portret rodziny we wnetrzu”. Niezwykle przystojny, smukły, o urodzie arystokraty od pokoleń, urodzony do chodzenia w dopasowanych garniturach i mundurach, z bezczelnym wyrazem twarzy, jednoczesnie fascynuje i odpycha. Jest doskonałym dopełnieniem tej historii o upadku wielkiej niemieckiej rodziny, zepsutej i zdegenerowanej, która wobec zmian historycznych jest bezradna i jedyne, co jej pozostaje, to iść na układy z nową władzą, której dojście do władzy znaczą kolejne ofiary. Także z tej rodziny.
Tak więc, jeśli mam wybrać, to powiem tak: Viscontiego znać trzeba, to obowiązek, ale jeśli ma być to obowiązek bardziej miły niż senny, polecam „Zmierzch bogów”. Moim zdaniem, to jeden z największych filmów w historii, porywający, za każdym razem odkrywający nam jakąś kartę ze swego mrocznego świata… a „Śmierć w Wenecji” radzę zostawić na jesienne napady melancholii…
Karolina Korwin-Piotrowska


















































