To ludzie lubią, choć nie zawsze się do tego przyznają. Taka prawda. Coś o tym wiem, bo trochę filmów w życiu oglądałam. Seks na zmianę z przemocą, okraszony wielkimi emocjami, jest w nowym, telewizyjnym serialu „Spartakus: Krew i piach”. Przyznam, że podchodziłam do oglądania tego serialu ze sporym dystansem. Nie każdy bowiem umie pokazywać takie historie na ekranie, bo istnieje niebezpieczeństwo zawężenia ich właśnie do seksu i przemocy, co je zafałszowuje. Serial „Rzym”, który jest genialny, wydawał się być tym jedynym, współczesnym i udanym podejściem do historii antycznej. Mam w pamięci też pamiętną wersję historii Spartakusa, nakręconą w 1960 przez Stanleya Kubricka. Powstał wtedy wspaniały film, choć wiele na to na początku nie wskazywało, bo pierwszy reżyser filmu, Anthony Mann, został zwolniony z hukiem przez jego producenta i głównego gwiazdora - Kirka Douglasa. Ale, jak mawiają, „pierwsze koty za płoty” i skończyło się na kilku Oscarach i wielkim sukcesie kasowym. Zasłużonym, bo to kawał kina, na którym można uczyć się rozumienia słowa „epopeja”. Obok Douglasa grali min. Laurence Olivier, Peter Ustinov, Jean Simmons. Wielkie sławy ówczesnego kina i świetni aktorzy.
Tak więc po Kubricku, z sentymentem do dawnego kina, zasiadłam do oglądania nowej, telewizyjnej wersji tej historii. I przyznaję, zatkało mnie. Kompletnie.
Po pierwsze: język. Wulgarny, momentami knajacki, baaardzo mocny. Na początku szokuje, ale jeśli dzisiaj żołnierze raczej nie porozumiewają się między sobą językiem zbyt literackim, to antyczni wojacy tym bardziej nie mówili do siebie poezją, tylko językiem momentami zalatującym gwarą spod budki z piwem. Językiem pełnym niecenzuralnych słów, emocjonalnym, prostym, czasem za bardzo. Postacie w „Spartakusie” mówią językiem współczesnym, takim, jaki często słyszymy na co dzień, na przykład w amerykańskich filmach akcji czy serialach. Po pierwszym szoku, przyzwyczajamy się do tej konwencji, zapewniam.
Po drugie: seks. Mocny. Zmysłowy. Piękny. Ładniej pokazany niż w serialu „Rzym”, zdecydowanie. Pełen emocji tak dużych, że nie dziwimy się ani przez moment tęsknocie Spartakusa do żony. Seks między kobietą i mężczyzną, mężem i żoną, jest pokazany odważnie, w różnych konfiguracjach, także przy udziale niewolników, co dla niektórych może być zbyt szokujące. Ale dziś nawet dziecko wie, że czasy rzymskie nie należały do zbyt cnotliwych, a niewolników traktowano instrumentalnie. Także jeśli chodzi o seks… Pojawia się niepokojąca zmysłowość także w podtekstach męsko - męskich. Te zresztą były też obecne w wersji Kubricka, choć na początku, ze względu na stróży moralności, zostały wycięte.
I po trzecie - sfera wizualna, która rzuca na kolana. Jeśli ktoś był pod wrażeniem filmu „300” zrozumie, co mam na myśli. To, co widzimy na ekranie nawiazuje do tej stylistyki w powalający sposób. Każdy odcinek kosztował podobno około 2 milionów dolarów. To widać. Chwilami oglądamy ruchomy komiks, szczególnie w scenach walki, a bryzgająca obficie na prawo i lewo krew oraz latające w powietrzu ludzkie szczątki robią tym większe wrażenie. Dołączmy do tego mocną muzykę, zdecydowanie współczesną i jest wstrząsająca całość, nie tylko dla tych, co mają mocne nerwy. Bo to jest bardzo brutalny film, gdzie częściej słychać szczęk łamanych kości i jęki umarłych niż słodkie słówka. Jeśli ktoś więc szuka romantycznej opowieści o kwiatkach i motylkach, będzie zawiedziony, delikatnie mówiąc. Ale jeśli ktoś szuka atrakcyjnie wizualnie męskich i żeńskich ciał, a do tego dobrych aktorów, będzie zadowolony, nawet jeśli historia go nie wciągnie.
Główny bohater, Spartakus - Andy Whitfield, na początku wygląda jak długowłosy, lekutko brutalny i napakowany, ale szlachetny rockowy wokalista z kręgu death metal. Potem, na skutek zwrotu akcji, traci swoje fryzjerskie walory, ale w niczym, w przeciweństwie do mitycznego Samsona, nie umniejsza to jego fizycznej siły i nie osłabia morale. Przeciwnie, jakby stał się ilustracją tezy, że regularne obcinanie włosów daje krzepę. Założę się, że Whitfield, który po wygranej walce z nowotworem, stanął na planie drugiej serii, stanie się idolem, a jego zdjęcia w wersji przed i po wizycie u fryzjera będą ozdobą niejednego komputera, o ścianie w dziewczęcym pokoju nawet nie wspomnę… Whitfield to także dobry aktor, choć do klasy Kirka Douglasa mu brakuje. Douglas jest jeden, choć nie był ani przez moment tak cudnie muskularny i proporcjonalny jak Whitfield. Nadrabiał miną. A przed Whitfieldem jeszcze wiele projektów. Na pewno.
Tak więc narodziła nam się gwiazda i mamy nowy, ciekawy serial. Oby kolejne odcinki były tak mocne, jak pierwsze dwa. Oby scenarzystom starczyło weny, a Whitfieldowi siły na ofiarne i tak widowiskowe machanie mieczem. Tylko nie róbcie tego, co on na arenie, u siebie w domu… Wersja filmowa trwała 196 minut. A tu mamy 13 odcinków. Dadzą radę?
Jakby co, jest wersja filmowa „Spartakusa”, a w momencie załamki zostaje jeszcze taki filmowy „Ben Hur”. Też dawna historia, a jak cieszy i oko i serce, ale to już temat na inną opowieść…
Karolina Korwin-Piotrowska



















































