Od momentu debiutu w „Niebiańskich istotach” aż do teraz nieustannie zaskakuje. Do tego - zawsze pozytywnie. Nawet w koszmarnym i ociekającym kiczem „Titanicu” była autentyczna. Wydaje się, że nie ma emocji, której nie umiałaby zagrać. „Lektor”, „Droga do szczęścia” czy „Małe dzieci” to dowody na to, jak wspaniałą jest aktorką. A jej prywatny wizerunek, fajnej babki, która nie przejmuje się opiniami innych i bardzo lubi swoja pupę w rozmiarze 40 jeszcze tylko dopełniają jej świetnego PR. Kate to niesamowite połączenie talentu, żywej i odważnej inteligencji i instynktu, które czynią zdolnego aktora aktorem wielkim i niezapomnianym.
Teraz można zobaczyć jej ostatni film, a raczej mini serial pt. „Mildred Pierce”, po obejrzeniu którego można jedynie rzec - brawo i chcemy jeszcze więcej. W pięciu odcinkach śledzimy losy dzielnej, samodzielnej i wytrwałej w dążeniu do celu kobiety, która w czasach Wielkiego Kryzysu walczy o dobre, godne życie dla siebie i swoich córek. Na pierwszy rzut oka pachnie to na milę kolejnym nudnym i wtórnym tekstem z kobiecego pisemka, o tym, że kobiety są zawsze silne, a w czasach kryzysu tej siły mają jeszcze więcej, a kobiecie samotnej, wychowującej dzieci bardzo trudno znaleźć właściwego i wyrozumiałego partnera… blah blah blah… Spokojnie, to nie tylko nudny i wtórny wykład, który wszyscy znają aż za dobrze i na samą myśl o nim chce im się płakać z żalu. Ten serial to kawał prawdziwego życia. I aż sama się sobie dziwię, że to piszę, bo tak zwanymi „historiami z życia” ostatnio jakoś się brzydzę, a tu proszę… jakie pozytywne zaskoczenie.
Jest kobieta, która samotnie wychowuje dzieci - watek aktualny i dziś, i kiedyś. Kobieta silna, samotna w swojej walce o godne życie - to też znamy. Kobieta, która kocha swe dzieci miłością wielką, a co za tym idzie - niestety dość ślepą… Ta kobieta ma słabość do słabszych od siebie mężczyzn. Skąd my to znamy… Owi mężczyźni, a szczególnie jeden, ochoczo korzystają z owoców jej pracy, po cichu nią gardząc. A jej własna córka przysporzy jej największych z możliwych cierpień.
Oglądając „Mildred Pierce” mamy często ochotę zawołać - kobieto, ogarnij się! Spójrz, co się dzieje za twoimi plecami! Dzieje się tak, bo nie jest to kolejny nudny film o życiu, nie jest to sztampowa adaptacja wcale niełatwej w odbiorze powieści, tylko doskonale zrealizowany dramat, arcygenialnie grany przez Winslet. Ona bowiem z bohaterki, która często wkurza swą naiwnością, ale i wzbudza szacunek determinacją, jest osią tej historii. Obok niej świetna Evan Rachel Wood w roli sprytnej córeczki Vedy i Guy Pierce jako Monty, arystokratyczny bon vivant albo zwykły, bardzo sprytny utrzymanek, bogatej nuworyszki.
Ta historia, choć pochodzi z lat 40 nic nie straciła na swej aktualności. Mamy kryzys. Trzeba sobie radzić, mimo kursu franka, bezrobocia i rosnących cen. Światem rządzą silne i nie zawsze szczęśliwe w życiu kobiety. Mężczyźni są słabi, a młodzież nie spełnia oczekiwań. Ale i wtedy, i teraz tak samo pragniemy miłości. Choćby nie byłoby nas na nią stać. I zamiast zapomnienia przynosiła głownie ból… Tak jak Mildred. Bo dzisiaj ulice wielkich miast pełne są współczesnych Mildred Pierce.
Karolina Korwin-Piotrowska

















































