„Jack, jakiego nie znacie” to opowieśc o lekarzu, Jacku Kevorkianie, znanym szerszej widowni jako „Doktor Śmierć”. To on jako pierwszy pomagał nieuleczalnie chorym ludziom w popełnianiu samobójstwa na życzenie. W sumie asystował przy 130 samobójstwach. Nie był konowałem, był lekarzem, nawet bardzo dobrym, który doszedł po latach pracy i doświadczeń do wniosku, że decydowanie o swoim życiu bądź śmierci jest prawem każdego człowieka. Jego wolnością. Jeśli ktoś nie wytrzymuje bólu, choroby, obniżenia jakości życia, ma prawo powiedzieć: dosyć, nie chce tego dalej ciągnąć, to mój wybór i nikt nie ma prawa na siłę, wbrew jego woli, trzymać go przy życiu.
Bardzo ryzykowny temat. Śliski. Arcytrudny. A jednak się udało zrobić film, który porusza, nie pozwala zasnąć spokojnie, każe myśleć, zastanowić się…
Dlaczego się udało?
Po pierwsze – reżyser – m.in. „Rain Mana”, „Bugsy”, „Good mornig Vietnam” czy genialnej komedii „Fakty i akty”, czyli Barry Levinson. Mistrz opowiadania historii w kinie, skupiony nie tylko na ekranowych fajewerkach, ale przede wszystkim na bohaterze. Tu skupienie na bohaterze, na jego motywacji było najważniejsze. Bo i bohater należy do najbardziej kontrowersyjnych w nowoczesnej historii ludzkości.
Kevorkiana zagrał Al Pacino, aktor legenda, o którym nie można powiedzieć żadnego złego słowa. Od 1972, przełomowej roli Michaela Corleone w „Ojcu chrzestnym”, jeden z największych aktorów pokolenia. Mistrz pracy nad rolą. „Serpico”, „Człowiek z blizną”, „Zapach kobiety”, „Gorączka”, „Adwokat diabła”, „Anioły w Ameryce” czy „Sposób na Szekspira”- to kilka zaledwie filmów z jego oszałamiającej filmografii. Jeden z największych aktorów w historii kina zagrał tak, że ani przez chwilę nie myślałam o tym, że to jego właśnie oglądam. Jest porywający. Tak bardzo, że zaczynamy rozumieć motywy postępowania Kevorkiana nawet, kiedy jesteśmy przeciwni eutanazji i wierzymy w Boga. Kevorkian w Boga nie wierzył, jak pokazuje jedna ze scen filmu - wierzył w Johana Sebastiana Bacha…. i Al Pacino zagrał to tak, że najpierw wybuchamy śmiechem, a potem chcielibyśmy Bacha posłuchać… On Kevorkiana pozbawia określenia „morderca”. On go uczłowiecza tak skutecznie, że nie tyle mu kibicujemy, ale zaczynamy go rozumieć. To wielka kreacja.
Kevorkian prowokował do dyskusji. Przez ujawnianie nagrań rozmów z nieuleczalnie chorymi, przez niemal performance na sali sądowej i poza nią, poprzez prowadzenie głodówki w więzieniu. On, jego siostra, przyjaciele byli jak żołnierze. Wierni, oddani, choć nie bez stawiania pytań o zasadność różnych czynów. Wszystko po to, aby ludzie zaczęli głośno mówić o tym, o czym mówić się boją… Jedni go popierali, inni nazywali Antychrystem i mordercą.
„Jack, jakiego nie znacie” to niesłychanie poruszający film. Kiedy oglądamy kolejnych nieuleczalnie chorych, którym Kevorkian pomaga pozbyć się bólu, bijemy się z myślami. Kibicować mu czy nie? Zabija czy pomaga z godnością odejść?
Nadal nie mogę przestać o tym filmie myśleć. Życzę Wam tego samego.
Karolina Korwin-Piotrowska
















































