Od razu zaznaczę, że nie wierzę za bardzo w kosmitów. Opowieści o E.T. czy innych „Spotkaniach trzeciego stopnia” lubię oglądać w kinie, ale kiedy widzę łunę albo inną jasność, lub gdy nawet przeleci mi nad głową spodek, podchodzę do tego z dystansem. Ale zobaczyłam „Czwarty stopień” i zadrżałam.
Przez 40 lat w miasteczku Nome na Alasce w dziwnych oklicznościach ginęli ludzie. Tak po prostu. Czasem całymi rodzinami. Pewnego dnia trafia tam doktor Abigail Tyler, psychiatra. W tej roli Jovovich. W dresach, bez makijażu, cudownie naturalna i bardzo dobra aktorsko. Niedawno w dziwnych okolicznościach straciła męża. Twierdzi, że został on zamordowany w nocy, w łóżku, na jej oczach, jednak Abigail nie pamięta jego twarzy, mimo prób odzyskania pamięci za pomocą seansów hipnozy… W Nome ma odzyskać spokój i zaopiekować się rodziną, w tym niewidomą od śmierci ojca córeczką Ashley.
Ale ukryte w górach, z pozoru romantyczne miasteckzo Nome ma wiele tajemnic. Kiedy Abigail zaczyna interesować się pracą zmarłego męża i prowadzić terapię miejscowych, zauważa pewne niepokojące sygnały. Miejscowi na przykład regularnie budzą się w nocy, o jednej godzinie, niedługo po trzeciej nad ranem i z przerażeniem widzą różne zjawiska, w tym m.in. sowę… Zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do brutalnych morderstw… Ktoś teraz pewnie powie - kobieto, zmień leki i nie ogladaj science-fiction, ale…
Ten film jest zrobiony w stylistyce dokumentu. Czyli sprawia wrażenie, że wszystko, co oglądamy jest zapisem autentycznych zdarzeń. Sugerowanie autentyczności tego, co oglądamy jest doskonałe. Miasteczko Nome istnieje. Ginęli w nim ludzie. Ale czy szokujące i pobudzające wyobraźnię zapisy sesji terapeutycznych to autetyk? Czy siły pozadziemskie są w stanie podczas transu złamać komuś kręgosłup? Czy rzeczywiście poprzez Abigail w pewnym momencie przemówił ktoś podający się za Boga? Kto porwał córeczkę Abigail? I po co? Tego nie wiemy. Ale boimy się coraz bardziej. Bo siłą tego filmu, obok zaskakująco dobrego aktorstwa Jovovich, jest budowanie dramaturgii i mistrzowskie osiąganie napięcia. Aż do końca filmu, który nie odpowiada na zbyt wiele pytań, ale zostawia nas w poczuciu dobrze spędzonego czasu. Bo te 98 minut to czas, kiedy najpierw zasiadamy sobie z herbatką na kanapie, by potem, z minuty na minutę zastygać coraz bardziej nieruchomo…
A kiedy, wzorem dobrego dokumentu, czytamy kolejne plansze końcowe informujące o dalszych losach Abigail i jej rodziny oraz innych bohaterów tego filmu, policjantów czy lekarzy, nie wiemy już, czy aby na pewno kochamy E.T. Bo jesteśmy niemal pewni, że ono nie darzy nas zbyt wielką sympatią…
Karolina Korwin-Piotrowska



















































