A więc poszłam. Zobaczyłam. I zasępiłam się.
Owszem - zrobił Bajon - arcymistrz prawdziwej a nie serialowej pracy z aktorem - aktorkę ze Żmudy Trzebiatowskiej, która do tej pory wygrywała bezapelacyjnie w konkurencji „najbardziej przeceniania i najbardziej bazbarwna aktorka polska”. Żmuda ładnie wygląda, nawet bez ubrania i od tyłu i gra też nieźle, szczególnie jak na siebie. Może z niej ludzie jeszcze będą, chyba, że znowu wpadnie w kierat serialowy i wyblaknie ze zdwojoną siłą.
Owszem, Stuhr jest świetny, ale on jest świetny zawsze. Może zagrać komputer, na którym piszę i będzie wiarygodny. Jakby się do tej roli urodził.
Więckiewicz - przyzwoity, ale bez rewelacji, bo bywały jego znacznie lepsze role. Olszówka - świetna, za mało jej. Jest w super formie, powinna nieustannie grać. Zaprzecza teorii, że „kobieta w pewnym wieku” może mieć słabszy moment.
Owszem, są świetne kostiumy, bardzo uwspółcześnione, jak to zawsze u Bajona, ładne są plenery i muzyka ładna. W tym momencie przypomina się dowcip o tym, jak para wychodzi z kina ze słabego filmu, nie wiedzą, co powiedzieć, są zakłopotani i wtedy ona mówi - ” Ale muzyka była ładna!”…
A poza tym? Mam wrażenie chaosu i bałaganu. Uwspółcześnienia na siłę. Oka puszczanego do widza, którego ma się za niezbyt wyedukowanego idiotę. Robi się z tego mocno niestrawne danie, po którym nie pomogą najlepsze leki.
Czuję się oszukana po prostu. Liczyłam na super zabawę, na wrażenia większe niż letnie. Na coś, co mnie przekona, że ekranizowanie lektur ma sens. Że warto odświeżać język dawnych mistrzów i przekładać go na współczesność. Przeżyłam „Ogniem i mieczem”, choć tak długiej reklamy wydętych ust i użytych do ich malowania szminek w życiu nie widziałam; „Przedwiośnie” przetrwałam, bo wielkość Krystyny Jandy jest niezaprzeczalna, poza tym byli tam jeszcze młodzi i wtedy jeszcze nie zmanierowani aktorzy; jakoś nie umarłam na „Quo Vadis”, choć filmowa Ligia robiła dosłownie wszystko, abym kibicowała złym Rzymianom i została poganką. Dotrwałam do końca na „Zemście”, choć chłód z ekranu niemal mnie zabił. „Pan Tadeusz” jakoś wygrał, bo była tam niespełniona erotycznie Szapołowska, przeciwieństwo absolutnie bezbarwnej Zosi - bidulki, o seksualności owada. Z góry przepraszam wszystkie owady…
Na szczęście nikt nie zrealizował filmowej wersji „Łyska z pokładu Idy” albo „Anielki”. Ewnetualnie „Antka”. Wzrosłaby chyba ilość samobójstw. Serio. Piszę to z bólem, bo mam w pamięci wielkie ekranizacje „Panien z Wilka” czy „Brzeziny” lub obie ekranizacje „Lalki”. Jak się chce, to można.
Sam Bajon zrobił kiedyś „Magnata” - jeden z najlepszych polskich filmów nakręconych kiedykolwiek. I co? Czy aktorzy są tak zmanierowani i zepsuci serialami, i bywaniem tu i ówdzie, że już nie potrafią i zwyczajnie nie chce im się grać? Tutaj podobno była „pierwsza liga”. To może czas zmienić skład owej ligi… A może widz jest głupi i nie docenia pracy naszych artystów? Lepiej nie pluć chyba na widza, bo on ma ZAWSZE rację. Czy mamy może za mało pieniędzy na filmy? Tutaj budżet był naprawdę spory. Czy reżyserowi brakuje weny i pomysłu? Słuchając, jak mówi o filmie, nie wyczuwam tego, przeciwnie, dopóki nie poszłam do kina, byłam święcie przekonana, że wszystko mi tu zagra.
Nie zagrało…
Dlaczego nie wychodzą nam lektury w wersji filmowej? Jak myślicie? O co w tym chodzi?

















































