Uczciwość. To słowo doskonale mówi o tym filmie. Zaczyna się Wigilia w 1969 roku. Zwykły, skromny robotniczy dom i prognozy na kolejny rok. Jak będziemy spędzac kolejne święta. I jak to dobrze, że na nowym mieszkaniu. Matka, ojciec, trójka dzieci… Potem cięcie. Jest grudzień 1970. Niedługo święta, zakupy, choinka. Jest nowe mieszkanie, a w nim stare meble… I następuje dramatyczna historia, która zmieniła losy kraju, zostawiła piętno na całym pokoleniu i przede wszystkim na rodzinie, którą poznaliśmy na początku.
Ten film od poczatku ogląda się ze ściśniętym gardłem. Może dlatego, że jego bohaterem nie jest Polska, patriotyzm, nikt nam nie mówi na siłę: „naród”. Jego bohaterem jest zwykły robotnik ze stoczni, wcale nie opozycjonista, zwykły ojciec trójki dzieci, kochający swoją żonę, bawiący się z dzieciakami, pracujący ciężko od świtu do nocy. To nie jest komiksowa postać. To żywy człowiek. Dlatego, kiedy widzimy, co się z nim dzieje, kiedy jedzie do pracy o świcie, w słynny „czarny czwartek”, to tak strasznie boli.
Do tego zastosowano zabieg zaiste świetny - możemy posłuchać autentycznych rozmów funkcjonariuszy UB i milicji dotyczących zamieszek i zobaczyć materiały nakręcone wówczas przez milicję, pokazujące demonstrację na ulicach Trójmiasta. Moment, kiedy następuje słynny, historyczny przemarsz ulicą Świętojańską z drzwiami, na których położono ciało zastrzelonego chłopaka, otóż ten moment mrozi krew w żyłach. Połączenie zdjęć archiwalnych i zdjęć nakręconych obecnie z głosami milicjantów z offu, którzy zastanawiają się, co zrobić z narastającym tłumem, który idzie ulicami miasta… to robi ogromne wrażenie. Oglądanie tego boli. Uświadamia straszną prawdę o rozmiarze manipulacji, o tym, co jeden człowiek może zrobić drugiemu i co z ludźmi robi władza. Do tego pokazanie strasznych „ścieżek zdrowia”, przesłuchań, koszmarnego traktowania uwięzionych manifestantów… Kawał historii, wcale nie nudny i bez nachalnego patriotyzmu.
Czy można zrobić film o autentycznych wydarzeniach historycznych, bez patosu, nadęcia i fałszu? Tak.
„Czarny czwartek” jest na to doskonałym dowodem. Ten film jest uczuciwy. Nikim nie manipuluje i nic nie narzuca. Wychodząc z kina, słuchając piosenki w wykonaniu Kazika na końcowych napisach, mamy głowę pełną różnych myśli. Niekoniecznie pozytywnych.
Po tym filmie duuużo się rozmyśla. Ostatnio w polskim kinie to rzadkość. Może więc nauczymy się, wzorem Amerykanów, pokazywać swoją historię w sposób prosty, inteligentny i dla każdego strawny? Czas pokaże. Na razie jest „Czarny czwartek”. Lepsze to niż nic.
Karolina Korwin-Piotrowska















































