Zabawna, ale nie powalająco piękna. Inteligentna, z klasą i autoironią. Mogłaby być drugą Julią Roberts. Aktorką, która może zrobić wszystko, zagrać nawet w słabszym filmie, albo zwyczajnie zniknąć, a i tak ją kochają. Z Sandrą Bullock jest inaczej. Jest w wieku Roberts, nawet ociupinkę starsza, ale dopiero teraz osiągnęła jej status. Choć to Roberts ostatnio na planach filmowych bywa rzadziej, bo ma rodzinę i nie lans, a dzieciaki jej w głowie.
Sandra zaczęła jak torpeda - „Speed”, „System” i „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Wtedy była na szczycie, ale spadła z niego. Występ w drugiej częsci „Speed”, filmu tak złego, jak tylko można sobie wyobrazić, rola w „Miłość i wojna”, gdzie historyczny kostium uwierał ją jak za małe buty, a potem dramat alkoholiczki w „28 dni” to były czarne momenty. Tym czarniejsze, że następowały jeden po drugim, jakby Sandra uparła się, że z premedytacją zniszczy karierę. Nawet fajna rola w komedii „Dwa tygodnie na miłośc” z Hugh Grantem nie była przełomem. Bo - mimo wdzięku - grała kogoś młodszego od siebie, co było widać…jakby mało jej było przykładu Meg Ryan, która nie zauważyła, że nie może grać młodych dziewczątek. Potem „Miss Agent”. Jest kasowym sukcesem i jest zabawnie, ale nikt w takim filmie nie pyta o aktorstwo, bo nie o nie tu chodzi…
Jeszcze chwila, a Bulllock zostałaby kolejną ofiarą ageingu w Hollwyood. Czegoś, o czym się mówi coraz bardziej otwarcie, choć niemal każdy zaklina się, że tego nie widział. Aktorki w wieku po 30-stce mają tam fatalnie. Nie ma dla nich ról. A nie każda chce mieć twarz jak nabotoksowana maska i marzyć o roli w serialu.
Bullock ze swoim wdziękiem powoli zjeżdżała na bocznicę. Zagrała w „Bez skrupułów”, słynną pisarkę Harper Lee - film nie był kasowym sukcesem, ale Bullock była tam aktorka, a nie tylko rozbawiaczką. Cóż, jeśli w tym samym czasie zagrała w beznadziejnym „Domu nad jeziorem” i koszmarnym thrillerze „Przeczucie”. Nawet najzagorzalsi fani zaczęli mówić o końcu Sandry. Ale to inteligentna babka i wiedziała, że musi postawić wszystko na jedną kartę. „Narzeczony mimo woli”, „Wszystko o Stevenie” i „Wielki Mike. The Blind side”- to były filmy 2009 roku. Wszystkie były wielkimi sukcesami kasowymi, zarobiły ponad 500 milionów dolarów. Za „Narzeczonego mimo woli” Sandra dostała nominacje do nagrody Satelity za kreację komediową - była tam świetna. Silna kobieta sukcesu, biegająca w szpilkach od Louboutina, która udaje, że samotność to to, czego zawsze chciała. Jednak twarde amerykańskie przepisy imigracyjne zmuszają ją do fikcyjnego ślubu ze swoim podwładnym. Na szczęście chłopak bardzo przystojny, ma dużą i wpływową rodzinę… Sandra jest tu piękna, zabawna i bardzo ludzka. Taka, jaką ją kochamy. Swojska, ale nie tania. Wesoła, ale bez cienia rechotu.
Deszcz nagród spadł na nią za rolę w filmie „Wielki Mike”- ukoronowaniem nagród był Oscar dla najlepszej aktorki. Dzień wcześniej, jako jedna z nielicznych, odebrała osobiście „Malinę” dla najgorszej aktorki za rolę we „Wszystko o Stevenie”. Była przy tym zabawna aż do łez, trochę bezczelna i prowokująca, choć nie wiedziała, że nazajutrz odbierze Oscara...
Kiedy odbierała złotą statuetkę lśniła, była piękna i szczęśliwa, ale nie wiedziała, co ja czeka. Ta kobieta, która nie była bohaterka żadnych skandali, już niedługo miała się stać ważną postacią szokującego serialu, jakim zaczęły żyć światowe media. Okazało się bowiem, że jej mąż, Jesse james, konstruktor motocykli od dawna ją zdradzał i to z wieloma kobietami. Jak to zwykle w mediach bywa, codziennie niemal ujawniala się kolejna kochanka Jamesa. Jedna bardziej wytatuowana od drugiej i bardziej chętna do sprzedania intymnych szczegółów w prasie. On stał się pośmiewiskiem Ameryki i zapewne najbardziej znienawidoznym konstruktorem motocykli na ziemi, a Sandra? Ona najpierw zniknęła. Paparazzi próbowali zrobić jej jakiekolwiek nowe zdjęcia. Kiedy się to udało, zobaczylismy zmęczoną, zakrywającą twarz okularami kobietę, która zamiast świętować swój zawodowy sukces, musi unikać odpowiedzi na pytanie - A co pani teraz zrobi, pani Bullock? Pewnie dlatego skasowała cała trasę promocyjną filmu „Wielki Mike” po Europie.
Potem pojawiła się z adoptowanym synem na okładce magazynu „People”. To był jeden z najlepiej sprzedanych numerów tego pisma w historii.
Teraz wiadomo, że złożyła papiery rozwodowe i pan James na pewno nie ma powrotu do jej życia. Będzie samotnie wychowywać adoptowanego chłopca. „Ukochana Ameryki” zawodowo na razie sama odjechała na boczny tor i czeka. Oby znowu nie było z nią problemu…
Karolina Korwin-Piotrowska











































