Ano dla zabawy. Czystej i nieskomplikowanej. I dla idącego za tym wyzwania. Bo dla wielu Sherlock Holmes to przykurzony i zdolny, ale mega nudziarz. W dobie filmów, gdzie dzielni policjanci mają do dyspozycji cycate asystentki, komputery najnowszej generacji, wszelkie gadżety, bajery i satelity, taki starodawny koleżka, opierający swoją sławę nie na technologii, ale na dedukcji… hm, brzmi dziwnie.
Ale się udało, bo za całość wziął się Guy Ritchie, specjalista od kina gangsterskiego. Jego „Przekręt” to film kultowy, którego dialogi i sposób konstrukcji historii zmieniło kino sensacyjne, a jego „Rocknrolla” to hołd złożony starym, dobrym przestępcom i hazardzistom, z uwzględnieniem tych najnowszych, także ze wschodu.
I teraz przyszedł czas na Holmesa. W roli głównej - Robert Downey Jr. Aktor tyleż trudny, co genialny, odbijający się od jednego odwyku do drugiego, a w przerwach między detoksami - robiący świetne filmy. Bo to wielki aktor, który nawet z nudziarza Holmesa zrobi pełnokrwistą postać z błyskiem szaleństwa i inteligencji w oku. Jego Holmes ma, przepraszam za wyrażenie, jaja. To kobieciarz, czaruś, bawidamek, w przerwach - arcyinteligentny geniusz kryminologii, dla którego żaden trup, choć już martwy i małomówny, nie ma żadnych tajemnic.
Do tego Watson - do dziś miałam go za mydłkowatą postać bez skazy i ducha. Człowiek - nikt. Teraz, kiedy gra go Jude Law, wszystko się zmienia. Nigdy nie byłam fanką Law, był dla mnie lekko wyliniałym pięknisiem, grającym wyleniałych urodziwców. Ale teraz… wszystko się zmienia. Jego Watson, może dlatego też, że jest z nim Downey, to człowiek z krwi i kości. Niby konserwatysta, który wreszcie chce się ożenić, choć Holmes jest temu przeciwny, jest na każde skinienie swego przyjaciela. Jakakolwiek obrona przed jego urokiem czy kolejnymi sprawami nie ma sensu. Dzielnie podąża za nim, często narażając życie i zdrowie.
Jest też czarny charakter, skorumpowani politycy, głupawi policjanci i detektywi, piękna, choć zepsuta i dwulicowa kobieta, i Londyn z dawnych czasów. Ogląda się cudownie. Lekko, łatwo, przyjemnie i z klasą. Z podziwem dla aktorów i Guya Ritchie’ego, który z tej starej historii, dla wielu zapyziałej, zrobił coś, co jest zabawne, sexy i aż chce się czekać na część drugą, bo końcówka filmu ewidentnie na to wskazuje. Oby tak się stało.

















































