Ten dzisiaj 66-letni mężczyzna dzielnie podjął walkę z poważną chorobą na oczach milionów. Dzisiaj nawet śmierć odarto z intymności. On potrafił z tego dowcipkować w telewizyjnym show. Jak zawsze z klasą. Z zawadiackim błyskiem w stalowych oczach. Jakby nic się nie stało.
Przy okazji do kin weszła druga część filmu, który uczynił go nieśmiertlenym. Wall Street. Film o Gordonie Gekko. O pieniądzach, chciwości, o pożądaniu i tym, co nakręca świat. Oglądając drugą część tej uniwersalnej historii, myślałam cały czas o tym, że Douglas urodził się między innymi właśnie po to, by pokazać nam Gekko. „Wall Street: Pieniądz nie śpi” jest gorsze od części pierwszej. Tej, która powodowała szok pomieszany z zachwytem. Dzisiaj, kiedy większość z nas z niepokojem patrzy na wysokość miesięcznej raty za mieszkanie albo na wysokość odsetek, jednocześnie słuchając o upadkach kolejnych firm, opowieść o kimś, kto z zarabiania pieniędzy uczynił swoją religię, nie jest niczym odkrywczym. Gdyby zagrał to inny aktor, mielibyśmy opowiastkę dobrą do oglądania przy niedzielnym rodzinnym obiedzie. Ale Gekko to Douglas i to on trzyma ten film od początku do końca, pokazując młodszym pokoleniom, jak się gra, aby nie zostać nigdy zapomnianym.
Syn Kirka Douglasa, jednej z największych gwiazd kina lat 40 i 50, legendy, człowieka o niespokromionym talencie i równie trudnym charakterze, mógł jak wiele hollywoodzkich dzieci gwiazd skończyć na odwyku albo napisać skandalizujące wspomnienia o rodzicach, aby zarobić na spłatę długów. On uparł się, że zostanie aktorem i nie zmieni nazwiska. Większość pukała się w czoło.
Zaczynał jako policjant w serialu „Ulice San Francisco”, w sexy spodniach i plerezie opadającej na ramiona podbijał serca kobiet, dużo biegał, strzelał i kombinował, co zrobić, aby wyjść na swoje. Postanowił, kiedy nie było to tak modne jak dzisiaj, zostać producentem. Podjął wielkie ryzyko. Jeśli nie udałoby się synowi Douglasa, jego dni w branży byłyby policzone. Ale on jest uparty dokładnie jak jego ojciec. W 1975 roku wyprodukował „Lot nad kukułczym gniazdem”. Powiedzieć, że to był sukces, to mało. Jako producent, w wieku zaledwie 31 lat odbierał swego pierwszego Oscara. Od tej pory nikt nie traktował go niepoważnie. Do dziś wyprodukował 18 filmów. Zaczęła się jego era. „Chiński syndrom” i „Coma” to były zapowiedzi wielkiego talentu.
W 1987 roku zagrał w „Wall Street”, jednym z najważniejszych filmów lat 80. To dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że chciwość jest dobra, że w razie braku przyjaciela mamy sobie kupić psa i że pieniądz nie zasypia nigdy. Geggo to sukinsyn. Ale taki, który wzbudza ciekawość i pożądanie. A także zazdrość. Żyje jak król. Mówi jak mentor. Mówi głośno to, o czym czasem myślimy, ale boimy się powiedzieć głośno. Jest zimny i wyrachowany, w dążeniu do celu nie cofnie się przed niczym, ale z drugiej strony kolekcjonuje sztukę i wzrusza go wschód słońca… Douglas był wielki. Nic dziwnego, że za tę rolę dostał Oscara.
Role w komediach „Miłość, szmaragd i krokodyl” czy „Wojna Państwa Rose” ugruntowały jego pozycję gwiazdy. Miał cały czas wielkie szczęście do świetnych partnerek na ekranie - Kathleen Turner w „Wojnie Państwa Rose”, Glenn Close w „Fatalnym zauroczeniu”, Demi Moore w filmie „W sieci” czy wreszcie Sharon Stone w „Nagim instynkcie”. Po tym ostatnim filmie wylądował na odwyku. Złośliwi twierdzili, że od seksu, bo tak bardzo zaangażował się w odgrywanie scen łóżkowych z Sharon Stone. On sam przyznał, że za dużo pił, brał leki, a jego życie było na krawędzi. Nieważne, z czego się leczył, wyleczony stanął na nogi.
Zagrał w genialnym filmie „Upadek”, w którym był takim człowiekiem, jakim i my bywamy, ale to on jest tym, który pewnego dnia „po prostu”nie wytrzymał i zaczął w pewien koszmarnie upalny dzień walczyć z otaczającym go światem. Wspaniała, przejmująca rola.
W jego życiu prywatnym nastąpiła rewolucja, rozwiódł się po 23 latach małżeństwa. To był brzydki rozwód, pełen wzajemnych oskarżeń, głównie ze strony byłej żony, Diandry, która w rezultacie dostała poważną sumę na konto. Sam Douglas ożenił się ze znacznie młodszą od siebie, zakochaną w nim podobno platonicznie od lat, Catherine Zeta- Jones. Dzisiaj mają dwoje dzieci i razem są warci jakieś 270 milionów dolarów…
Kolejne filmy, m. in. „Cudowni chłopcy”, gdzie udanie zmierzył się ze stereotypem „mężczyzny w pewnym wieku i po przejściach”, ugruntowały jego pozycję, choć nie były kasowymi hitami. Jakby cały czas czekał, aż na hiryzoncie pojawi się Gordon Gekko.
Resztę już znamy. Światowy kryzys zwrócił uwagę filmowców na skaczących w eleganckich garniturach z okien swoich wspaniałych biur bankrutów finansowych. Pieniądze nigdy nie śpią, a więc powstała druga część Wall Street.
Gekko znowu jest wielki. Pali ulubione cygara, zabija stalowym wzrokiem i rządzi światem. Douglas zaś zmaga się z największym przeciwnikiem. W szpitalu odwiedzał go schorowany, stary ojciec. Paparazzi przyłapali płaczącą i wychudzoną Catherine Zeta-Jones i ich dwójkę dzieci. Douglas gra głowną rolę w kolejnym, wielkim spektaklu. Tylko, że tym razem nie ma kontroli nad scenariuszem. Ale on ma nosa, do ról i do życia. Bardzo chciałabym, żeby mu się udało. To prawdziwy filmowy rekin. Umie walczyć.
















































